Nie mogę ich zostawić. Po prostu nie mogę. Wiem, są faceci, którym to przychodzi bez trudu. Jak pstryknięcie palcami. Myślałem, że ze mną też tak jest. Do diabła, wierzyłem w to. Aż do teraz.

A teraz siedzę tu, gapię się na zalane słońcem uliczki tego cholernego Saint Tropez i nie umiem ich zostawić. Ręce mi się trzęsą. Nie potrafię tego opanować. To silniejsze niż strach, niż poczucie obowiązku.

Dotykam ich, ważę w dłoni i, cholera, nie potrafię. Wiem, że za chwilę będę musiał wysiąść. Wejść do baru, szczerzyć zęby, zamawiać drinki i czekać. Robota zawsze była dla mnie najważniejsza. Ale nie w tej chwili. Patrzę na wszystkie te cholerne bryki, przyklejone do ścian domów, dwoma kołami wspięte na wysokie, kamienne krawężniki. Te rozdeptane, czające się tuż przy ziemi roadstery, te limuzyny luksusowe jak apartament u Ritza, te wypasione, chromowane terenówki, czerwone kabriolety z tapicerą z lamparciej skóry. I stacyjki, z których niczym paskudny żart, wiszą, połyskujące w słonecznym blasku, kluczyki.
wyjmij kluczyki
© 2007 SSY | zobacz także: GUMKI | SAFARI | POZYCJE | GEST | SPORTY ELITARNE |